Tyle się przez ostatnie dni działo, że nie miałem kiedy napisać o pewnej sprawie. Ale to materiały na inne wpisy :>
Wreszcie, po kilku latach męczenia się na nie-moim sprzęcie (i odganiania natrętów [sióstr] kijem), mam własnego laptopa. Przyszedł dopiero dwa tygodnie temu, ale już mogę napisać, że jest świetny. Co prawda jeszcze go nie włączałem (prądu jeszcze nie dowieźli), ale jestem w stanie kilka słów napisać. Sam sprzęcior jest profesjonalnie wykonany i ładnie wykończony. A touchpad i klawiatura są tak genialnie zrobione, że aż chce się pisać i ruszać kursor dla samego ruszania... Sam ekran się tak błyszczy, że już nie potrzebuję lustra. W komplecie był też zasilacz i ściereczka do ekranu.
Ogólnie... to dobry sprzęt jest :)

Jedna z rzeczy, która mi się w systemach linuksopodobnych okropnie podoba, to magiczny katalog /tmp, który automagicznie się czyści przy starcie systemu. No wiecie - ściągamy megabajty danych, z których skorzystamy tylko raz i o nich zapominamy - genialne rozwiązanie.
W Windowsie natomiast czegoś takiego, o ile się dobrze orientuję, nie ma. Wszystkie ściągnięte pliki domyślnie lądują na pulpicie. Nie muszę mówić, jak po jakimś czasie zaczyna wyglądać, jeśli właściciel komputera jest osobą leniwą (tak jak np. ja)? I tak bym nie powiedział, bo dawno takiego pulpitu u siebie nie widziałem. Jeśli naprawdę nalegacie - zgłoście się do tego pana (i przy okazji poznajcie jego metodę porządkowania desktopu: Ctrl A/Ctrl X/Ctrl V w katalogu "pulpitXXX", gdzie "XXX" to trzycyfrowa liczba ^^').
Zaraz na pewno się jakieś *niksowe fanboje przyczepią, że taki a siaki system jest be, bo nie ma wbudowanego tempa, a Vista to syf. Kij Wam w oko.
Za wsparcie dla Unikodu. Zawsze i wszędzie. Nawet wtedy, gdy go nie chcę:


2 megabity :) Co prawda tymczasowo, do 30 września, ale mam nadzieję że kablówka się rozmyśli i zostawi taką prędkość, bo mi bardzo pasuje ^^
Do niedawna odpalałem różne rzeczy, namolnie klikając menu Start, potem Wszystkie programy, teraz (dla przykładu) Gry, Lineage II i wreszcie Play Lineage II. Długo trochę to zajmuje i skomplikowane. Film? Dwuklik na ikonce dysku, dwuklik na Filmy, potem katalog filmu (też dwuklik) i dwuklik na pliku. A jak się jeszcze myszką z rozpędu nie trafi we właściwą ikonę, to cała operacja się wydłuża...
I w takich właśnie sprawach z pomocą przychodzą tzw. launchery. Czyli: wpisz kilka liter i wciśnij Enter. Jest tego trochę, można się trochę pogubić, ale ja opiszę jedną - Launchy.
Dlaczego, moim zdaniem, jest takie świetne? Po pierwsze, ładnie wygląda. Skórek w wersji domyślnej jest 5, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby ściągnąć jakąś nową (chociażby z Deviantarta). Tyle że po co - standardowa jest fajna ;) Do tego duże możliwości konfiguracji (zachowanie, klawisze, przezroczystość i takie tam).
O czym więcej napiszę, to możliwość dodawania własnych katalogów połączona z inteligentnym rozpoznawaniem, "o co nam chodzi". Powiedzmy, że chcę sobie obejrzeć 7 odcinek Mahou Sensei Negima. Klikanie, jak już napisałem, to trochę strata czasu. Więc zostaje Launchy... i teraz, zamiast wpisywać [AnCo]Mahou_Sensei_Negima_-_07.avi
albo chociaż początek tej nazwy (który jest, nomen omen, dziwny :P) wpisuję sobie po prostu negima7
- a aplikacja sama już znajdzie to, o co mi chodzi. Nawet jeśli nie, to po chwili rozwinie się lista z propozycjami i sam sobie wybiorę. Jest też moduł "samouczenia się", czyli aplikacja/plik częściej otwierany ląduje wyżej na liście propozycji - dla przykładu, na początku musiałem wpisać starcr
, żeby pograć w Starcrafta - teraz wystarczy samo s
;)
Kolejna genialna sprawa to wtyczki, a właściwie jedna z nich: Weby. Co ona umożliwia? Po prostu: wpisanie Google, wciśnięcie klawisza Tab i wpisania tego, co chcemy wyszukać. Analogicznie jest z Youtube, Wikipedią, Google Maps, IMDB... co więcej, można dodać nowe wyszukiwarki - na screenshocie pod pozycją 7 jest dodana przeze mnie szukarka dla Ling.pl ;)
Podsumowując, launchery cholernie ułatwiają i przyspieszają pracę na kompie. Jeśli jeszcze nie miałeś z nimi styczności, drogi czytelniku, bezzwłocznie zaopatrz się w najnowszą wersję Launchy (który jest, moim skromnym zdaniem, najlepszym z najlepszych) i sam zobacz, jakie to wygodne :)
Taaaaaak, pamiętam, że prześwietny Unreal Tournament to była pierwsza gra, jaką próbowałem odpalić pod linuksem. Jeszcze za czasów mojej Fedory, której już nie mam (na jej miejscu siedzi Ubuntu).
Dzisiaj, po niezbyt udanej sesji w CS-a, ok. godziny 21, naszła mnie myśl: odpalić UT!
. Najpierw spróbowałem zainstalować przez wine. Zainstalowało się... ale za cholercię nie chciało ruszyć. Cóż. Pogooglowałem w poszukiwaniu instalatora pod linuksa. Znalazłem, odpaliłem... error. Jakaś skopana wersja.
Przez dwie godziny (!) szukałem głupiego, działającego instalatora. A to wymagał GTK1.2, bo z GTK2 już nie chciał chodzić; a to się pluł o jakieś dziwactwa; a to w ogóle się nie uruchamiał. W końcuuuuu... jeden się uruchomił! Hurra! I nawet zainstalował, i nawet bez większych błędów! Mój upragniony UT wylądował sobie w /usr/local/games.
W README pisało, że się uruchamia poprzez wpisanie prostej & rzeczowej komendy ut
. Wpisałem... i, jak to zwykle bywa, nie mógł odnaleźć paru plików, bo ich nie znalazł w lokalnym katalogu ;D Szybko napisałem skrypt uruchamiający, i odpaliłem..........
.....i zaczęło się fragowanie ;P Było nie było - Unreal Tournament rządzi nadal, prawie 8 lat po premierze. I chyba żadna nowa wersja tego nie zmieni. 2003 & 2004 to IMO jakieś genetyczne pomyłki, już nie ma tego klimatu.
Gra chodzi bardzo ładnie, bardzo rzadko się tnie :P Większych problemów nie odnotowałem, może poza faktem lekko zdeformowanych dźwięków - ale to akurat szczególik... Coś mi się wydaje, że całość działa trochę szybciej niż pod Windowsem, nawet nie trzeba fov 120
wpisywać, żeby rozgrywka była szybka. Dziwnie (to znaczy fajnie :P)
Niektórzy korzystają z Linuksa na codzień, a z Windowsa do grania. U mnie jest dokładnie odwrotnie - z Windowsa korzystam na codzień, a z Linuksa do grania... :D Nie ma to jak satysfakcja, że gra, po dwóch godzinach szukania & dłubania, wreszcie działa, i to jak działa, o! I wreszcie mogę się pochwalić, że mój linuch to nie tylko element dekoracyjny, o! :P
PS Granie w okienku to masochizm, kursor może wyjechać poza okno i tracimy kontrolę nad postacią. No ale potrzebowałem paru skrinszotów wraz z GNOME w tle, żeby nie było, że fake jakiś :P
PS2 Czy ktoś jest chętny na małe fragowanko? :>
Update, dla wikiyu:
Jak zainstalować UT pod Ubuntu :P
- Upewniamy się, że płyta z UT jest w napędzie CD-ROM, a sam napęd jest zamontowany.
- Ściągamy tę instalkę (5.9 MB) (OBOWIĄZKOWO prawoklik i "Zapisz element docelowy jako...").
- Przechodzimy do katalogu, gdzie pobraliśmy plik, i wykonujemy następujące polecenia:
- chmod +x ./ut-install-436.run
- sudo ./ut-install-436.run
- Zostawiamy wszystkie pola domyślnie (albo zmieniamy, zależnie od woli) - gra powinna wylądować w /usr/local/games/ut.
- Wydajemy polecenie sudo chown -R user.user /home/user/.loki, oczywiście zamieniając user na nazwę naszego użytkownika.
- Przechodzimy do jakiegoś katalogu, np. /usr/local/games/ut, tworzymy plik UnrealTournament i wklejamy:
- #!/bin/bash
- cd /usr/local/games/ut/System
- ./ut-bin
- Teraz chmod +x /usr/local/games/ut/UnrealTournament.
- Tworzymy
skrótaktywator na pulpicie i cieszymy się grą ;)
Wszystko powinno działać (mi przynajmniej działa); jeśli gdzieś się rypłem, proszę o wybaczenie i zwrócenie uwagi w komentarzach.
Muszę przyznać - mój Windows już się do grania raczej nie nadaje. Jest, jak to mawia mój ojciec, przeinstalowany - czyli za dużo zainstalowanych rzeczy, za dużo śmieci po odinstalowanych etc. Trzeba będzie chyba pomyśleć o formacie... 1.5 roku to już troszkę za dużo jak na system eksploatowany w taki sposób, jak mój ;)
Ale nie o tym mowa. Ostatnio dużo gram w Counter Strike'a, jako że jest dość duża ekipa osób do grania (każdy piątek o 14!). A problem z moim kompem polega na tym, że gram sobie 10 minut, gram, i nagle... zwis. Dźwięk się zacina, obraz staje - jedyne wyjście: reset. Zdeklarowałem się jakiś czas temu, że popróbuję z linuksem, może coś z tego będzie.
I dzisiaj, po trzech wkurzających zwisach, powiedziałem sobie: dosyć tego!
:P Zamiast Windowsa, w GRUB-ie wybrałem Ubuntu 6.10, które siedziało sobie od dłuższego czasu, zapomniane i niewykorzystywane. Ufny w potęgę WINE spróbowałem uruchomić "na żywca"... monitor siadł :P Czyli nie można uruchamiać na pełnym ekranie, ok. Szybko znalazłem gdzieś w necie opcje, które pozwoliły mi odpalić CS-a w okienku. W tym czasie w tle instalował się CS, potem instalował się patch - bez większych problemów. Uruchamiamy... działaaaaaaa!!!!!111111111111 Uradowany i dumny z siebie (;P) uruchomiłem grę na szybko. No tak, gdzieś MUSIAŁ być haczyk - prędkość 4fps jest troszkę niewystarczająca. I w tym momencie zaczął się dramat.
Po krótkich poszukiwaniach na forach CS i forum.ubuntu.pl stwierdziłem, że wyjściem będzie instalacja sterowników. Najpierw spróbowałem po prostu installerem od ATI - ale oczywiście, to musiało nie zadziałać ;) Potem próbowałem ustawić to głupie fglrx "prawie-ręcznie", przy pomocy poradnika z w/w forum. I niby wszystko było OK, ale... ale... ale nie działało. Już się wydawało, że zadziała, że już powód do triumfu, a tu zonk - wielki, latający napis "Input not supported" na monitorze...
Szczerze - z dziesięć razy powtarzałem tę samą operację konfigurowania xorg.conf, restartowania, po czym stwierdzenia z wściekłością, że napis nadal lata tam, gdzie latał. Potem coś mi przyszło do głowy, i zalogowałem się "na ślepo" - po chwili usłyszałem muzyczkę powitalną z GNOME. Aha! Czyli coś jest nie tak z kartą grafiki! Skoro tak, to są dwie możliwości: albo zła rozdzielczość, albo złe odświeżanie. Ponieważ rozdzielczości nie ruszałem, wybór padł na to drugie. Przełączyłem się na tty, i stwierdziłem, że w automagicznie wygenerowanym xorg.conf nie ma ani linijki na temat odświeżania, natomiast w starym są aż dwie. Ha! Z nowymi siłami przepisałem te dwie linijki (spróbujcie coś przepisać, korzystając z mcedit na dwóch plikach :P), zrestartowałem iiiiiiii....
...iiiii oficjalnie stwierdzam, że mam już przyspieszanie sprzętowe pod linuchem! Ha! Counter-Strike działa jak złoto, żadnych cięć, niczego!
Teraz żeby jeszcze mi się CS skumplował z linuksową edycją Hamachiego... ale to już inna bajka...
Od jakiegoś czasu korzystam ze świetnego agregatora RSS - Google Readera. Do samej aplikacji zastrzeżeń nie mam, ale tak sobie od jakiegoś czasu marzyłem o modyfikacji desktopowego Gmail Notifiera, żeby pokazywał też ilość nieprzeczytanych newsów.
Wczoraj wszedłem na stronę Polskiej Bazy Rozszerzeń do Firefoksa, szukając spolszczenia dla Web Developer Toolbar (bo po aktualizacji języki wyparowały :/). Patrzę na listę rozszerzeń na stronie głównej, pierwsza pozycja... Google Reader notifier
. Szczena w dół. To jest to, czego szukałem!!!
Natychmiast zainstalowałem i zrestartowałem liska. W prawym dolnym rogu (tam gdzie wszystkie Adblocki, Greasemonkeye etc.) pojawił się nowy przycisk:

Prezentuje się bardzo ładnie, nie powiem. Nie zajmuje dużo miejsca - tylko ikonka i liczba nieprzeczytanych wiadomości. Co więcej, nie pobiera licznika z samego Google Readera, tylko sam wszystko oblicza - dzięki czemu jest "103", a nie "100+". Po najechaniu mychą pojawia się takie coś:

Polecam wszystkim, którzy chcą być na bieżąco, a nie chce im się za każdym razem otwierać Google Readera (i czekać, aż się raczy łaskawie załadować :P)






