Noc. Ciemność. Coś, czego człowiek nigdy nie polubił, i rozpędzał to światłem ogniska.
Gdy wyjdzie się o godzinie pierwszej przed dom, nic nie widać, oprócz pomarańczowych świateł latarni, kolorowych świateł w ogrodzie. No i pomarańczowo-czarnego nieba. Nic nie słychać, oprócz jakiegoś delikatnego szumu, wszędobylskich świerszczy i pociągu który gdzieś tam sobie jedzie. Nic nie czuć, prócz świeżego chłodnego powietrza.
Na warcie (miałem zaszczyt pełnić takową kilkanaście, może kilkadziesiąt razy - nei wiem dokładnie ile) nasze i tak już wyczulone zmysły wyczulają się jeszcze bardziej. Każdy odgłos złamanego patyczka, każdy odgłos szumu liści, każdy odgłos spadającej szyszki trafia do naszego mózgu. I wyobraźnia robi swoje. To duchy? A może wróg? Puls przyspiesza, oddychamy coraz bardziej nerwowo. Odruchowo chcemy włączyć latarkę, ale wiemy że nam nie wolno. Bo obcy od razu będzie znał naszą pozycję. Wsłuchujemy się więc w szum liści, spadające szyszki i łamane patyczki, by wychwycić dźwięki które nie powstały samoistnie. Po kilku minutach wracamy do normalnego stanu, jednak za kilka chwil wszystko się powtórzy.
Czyż noc nie jest pięknym, idealnym czasem do myślenia? Jest chłodno, ale nie zimno. Delikatny wiatr napełnia nasze płuca świeżym, chłodnym powietrzem. Dookoła pustka, takie mamy wrażenie. Wydaje nam się że jesteśmy sami na tej planecie - wokół nas jest tylko natura. No i nieskończona przestrzeń nad nami, której nigdy nie pojmiemy naszymi skromnymi móżdżkami.

