Tyle się przez ostatnie dni działo, że nie miałem kiedy napisać o pewnej sprawie. Ale to materiały na inne wpisy :>
Wreszcie, po kilku latach męczenia się na nie-moim sprzęcie (i odganiania natrętów [sióstr] kijem), mam własnego laptopa. Przyszedł dopiero dwa tygodnie temu, ale już mogę napisać, że jest świetny. Co prawda jeszcze go nie włączałem (prądu jeszcze nie dowieźli), ale jestem w stanie kilka słów napisać. Sam sprzęcior jest profesjonalnie wykonany i ładnie wykończony. A touchpad i klawiatura są tak genialnie zrobione, że aż chce się pisać i ruszać kursor dla samego ruszania... Sam ekran się tak błyszczy, że już nie potrzebuję lustra. W komplecie był też zasilacz i ściereczka do ekranu.
Ogólnie... to dobry sprzęt jest :)

Jedna z rzeczy, która mi się w systemach linuksopodobnych okropnie podoba, to magiczny katalog /tmp, który automagicznie się czyści przy starcie systemu. No wiecie - ściągamy megabajty danych, z których skorzystamy tylko raz i o nich zapominamy - genialne rozwiązanie.
W Windowsie natomiast czegoś takiego, o ile się dobrze orientuję, nie ma. Wszystkie ściągnięte pliki domyślnie lądują na pulpicie. Nie muszę mówić, jak po jakimś czasie zaczyna wyglądać, jeśli właściciel komputera jest osobą leniwą (tak jak np. ja)? I tak bym nie powiedział, bo dawno takiego pulpitu u siebie nie widziałem. Jeśli naprawdę nalegacie - zgłoście się do tego pana (i przy okazji poznajcie jego metodę porządkowania desktopu: Ctrl A/Ctrl X/Ctrl V w katalogu "pulpitXXX", gdzie "XXX" to trzycyfrowa liczba ^^').
Zaraz na pewno się jakieś *niksowe fanboje przyczepią, że taki a siaki system jest be, bo nie ma wbudowanego tempa, a Vista to syf. Kij Wam w oko.

