Modrzew w krainie kebabu
No cóż, muszę przyznać - siedem dni sierpnia, dokładniej: od 6 do 13, miast w spokoju wypoczywać w zaciszu domowym, latałem i jeździłem Ci ja po Europie (jeździłem to raczej po Polsce - 5 godzin do Warszawy, zgroza!). A jak już sobie pojeździłem, to się byczyłem w tureckiej Alanyi, "mieście turystów" (nie, serio, to się naprawdę tak nazywa!) A jako że udało mi się szczęśliwie wylądować na Okęciu (powiedzcie tym od rakiet p-lot, żeby celowali trochę bardziej na prawo następnym razem), moje wrażenia z wycieczki '08 spiszę.
Ostrzeżenie: jako że jestem leniwy, nie chciało mi się (w przeciwieństwie do rodziny) ruszać czterech liter z hotelu, który miał basen, plażę po drugiej stronie ulicy i market z Pepsi dwa budynki dalej, opisuję tylko i wyłącznie miasto Alanya. Tak więc nadal nie mam zielonego pojęcia o Turcji, poza tym, że mówi się w niej po turecku. Za moje nieróbstwo z dołu przepraszam.
Okęcie & lot
No niby jeszcze nie Turcja, ale do wycieczki należy. Najpierw było 5 godzin (5 jebitnych godzin po nierównościach, A2, nierównościach i Warszawie) na Okęcie. Tam do Terminala 2 - bardzo ładnie odpimpowany, w kolorystyce pomarańczowej, od razu mi się spodobał :) Szkoda tylko, że nie ma jakiegoś KFC albo innej, porządnej restauracji - jeno lotniskowe "bistro".
Leciałem tureckimi liniami SkyAirlines. Rok temu na Kretę leciałem Centralwings. Porównanie? Hmm, jakby to powiedzieć... samoloty Sky są bardziej wykorzystane. Ulotki pogięte, wszystko takie odrapane i niefajne... ale za to lunch (kanapka + ciacho + picie) jest za darmo, co jest fajne. Natomiast w Centralwings mamy ładniejszy samolot i płatne jedzenie (kanapka za 5 zł). Co kto woli - ja chyba jednak wolę darmowe jedzenie aniżeli brak zadrapań na krześle ;)
Antalya~!
Lądujemy! ...zaraz, "nasze" miasto to Alanya. Czyli jeszcze dwie godziny jazdy autobusem...
...Alanya~!
Pod hotel podjechaliśmy około godziny dwadzieścia minut po północy czasu ichniejszego. Było strasznie (jak dla nas) gorąco i duszno - a przewodniczka powiedziała, że teraz to raczej chłodno jest
. 34 stopnie to "raczej chłodno"... wtedy to jeszcze było dziwne, ale szybko idzie się przyzwyczaić do wyższej temperatury.
Klucze w łapę i jazda. Po drodze mijamy recepcję, basen, basenowy bar i stół do ping-ponga. Same pokoje są ładne, aczkolwiek znowu zamiast trzyosobowego dostaliśmy dwuosobowy z dostawionym łóżkiem. Telewizor, klimatyzacja, lodówka, telefon, balkon, ręczniki, szafy i w ogóle. Do tego codzienne sprzątanie i dwie butelki mineralnej dziennie "gratis".
Ogólnie o mieście: jest to, jak już napisałem, "centrum tureckiej turystyki". Hotel na hotelu i hotelem pogania, a między nimi uliczne sklepy i markety. Po drugiej stronie ulicy plaża. Brzmi fajnie? Ja podziękuję. Fakt, że jest to miasto dla turystów sprawia, że w każdym sklepie są te same produkty; a jak wszędzie jest to samo, to trudno o klienta. I dlatego też sprzedawcy naganiają ludzi do sklepów, nie chcą wypuszczać, "starają się" "zagadać". Jeśli kiedykolwiek usłyszycie mówione łamaną angielszczyzną łer ju from
, nie odpowiadajcie, że jesteście z Polski. Inaczej po chwili sklepikarz powita Was wyćwiczonym: Czeszcz, jak sziem masz, mucha rucha karalucha. Dobzie powiezialem?
-.-' W pewnym momencie zacząłem sobie robić jaja ze sprzedawców i odpowiadałem po japońsku. Jeden z nich długo nie dawał za wygraną, zgadując po kolei, skąd jesteśmy: Estonia? Poland? Russia? Denmark? (i jeszcze dwa kraje, których nie zapamiętałem)
Blisko był, ale nie ta półkula... ^^
Kolejnym zwyczajem w tym kraju jest zasada, że jak coś weźmiesz do ręki, to jakbyś to kupił. Tylko jeszcze trzeba wytargować cenę. A jako że targowanie się znam tylko z teorii, wychodzenie ze sklepu może trwać naprawdę długo...
Burger King
Po raz pierwszy w życiu spotkałem się z tą restauracją, o której jedynie słyszałem z filmów traktujących o US&A. Krótko? Nie jedzcie tam, dziękuję. McDonalds albo KFC to zdecydowanie lepszy wybór. Porównując posiłki, możemy pominąć frytki (bo wszędzie takie same) czy napój (bo zawsze colopodobny - Pepsi w KFC, w pozostałych Coca-Cola), więc przejdźmy od razu do kanapki. W McDonaldsie dostaniemy typowego burgera - ładnie usmażony i skompresowany, nic nie cieknie, wszystko na swoim miejscu. W KFC podstawowym (dla mnie) posiłkiem będą Longery - długie kanapki z sałatą i kurczakiem. Również wszystko ładne, chrupiące i nieociekające.
Natomiast w Burger Kingu... no cóż, wziąłem jednego Whoopera. Na starcie się zdziwiłem, gdy dostałem "gratis" dwa pudełeczka: jedno z ketchupem (okej), drugie z majonezem (WTF?!). Już wyjaśniam dlaczego się zdziwiłem: majonez, jak to majonez i przeciwieństwie do ketchupu, jest gęsty. Tak gęsty, że trzeba trochę siły, żeby wymaczać w nim frytkę, a co dopiero wylać go na burgera. (sztućców żadnych pod ręką nie miałem) A sama kanapka... cóż, odpakowałem ją z papieru i uznałem, że lepiej ją w nim zostawić w imię przyszłej czystości lokalu. Tak cieknącą kanapkę widziałem tylko raz: gdy zrobiłem sobie podwójną kanapkę à la Modrzew z potrójnym ketchupem. Cieknie nie tylko ketchup; cieknie też pomidor i tłuszcz z mięsa. FAIL.
Inne atrakcje
Jak już wspomniałem, w delfinarium byłem i nawet zdjęcie z delfinem mam (a siostra to sobie z nim nawet popływała - fakt, że trochę za to zapłaciła, pomińmy). Fajne zwierzątka... ładnie wytresowane... i tylko tych rybek, co im za pokarm służą, żal.
Miłym zaskoczeniem był market o rzut beretem od mojego hotelu, gdzie znalazłem 2.5 litra zimnej Pepsi, wprost z lodówki, za 2.20 YTL, czyli w przeliczeniu jakieś 4 złote :)
Podsumowując... było znośnie. Ale ja jednak wolę Polskę. Tutaj mogę przynosić jedzenie do domu, nikt mnie na ulicy nie zaczepia, no i od czasu do czasu pada deszcz. No i tutaj mam znajomych, nie tam :)
I na koniec zdjęcia:
Witamy w kraju Modrzew, Toruńska rozgłośnia nadaje, tarcza antyrakietowa będzie, ciągle ktoś narzeka czyli ogólnie nic się nie zmieniło ;)
Hahaha! Nieformalnie jestem na zdjęciach :*