Za wsparcie dla Unikodu. Zawsze i wszędzie. Nawet wtedy, gdy go nie chcę:

Ale nie taki zwykły. Otóż, dzisiaj, ok. godziny 4:40, miałem pierwszy zapamiętany przez siebie świadomy sen.
Jak to wyczytałem gdzieś tam, pierwsze świadome sny zawsze kończą się przedwczesnym przebudzeniem, z powodu doświadczenia czegoś nowego. I tak samo (przynajmniej podobnie) było w moim przypadku: samego snu nie pamiętam, pamiętam jedynie, że ktoś z dziwnym uśmiechem biegał po moim domu. Po chwili ta sama scena się powtórzyła, więc złapałem tego kogoś za rękę, i wtedy właśnie pomyślałem sobie, że jak się nie obudzę, to stanie się coś strasznego. Toteż wrzasnąłem OBUDŹ SIĘ!
...
...i po chwili leżałem już we własnym łóżku, słysząc jeszcze w uszach echo mojego wrzasku.
Oj, ja chcę więcej, tym razem mam nadzieję się nie obudzić ^^'
No dobra, przyznaję się: mnie też to ciasto nie wyszło.

Tyle że się nie poddawałem, jak niektórzy. Gdyż ciasto przedstawione na zdjęciu powyżej było drugim ciastem zrobionym wedle tamtego przepisu. Pierwsze wyszło, było przepyszne i w ogóle. A teraz postanowiłem dodać trochę proszku do pieczenia (coby mniej gumowate było) i masz babo placek.
Właśnie zrobiłem trzecie ciasto: tym razem dodałem odrobinę proszku do pieczenia (szczyptę, ja wiem...) i nie uciekałem od mikrofalówki, jak za poprzednim razem. Gdy zauważyłem, że masa zaczyna się wylewać z kubka, wyłączyłem mikrofalówkę, pogrzebałem trochę łyżką i włączyłem z powrotem. Powtarzałem proces aż wszystko jako-tako nie stwardniało, i wtedy zostawiłem na jeszcze minutę. Efekt? Voilà.

Wniosek? Żadnego proszku do pieczenia i pilnować ciasta, a się nie wyleje i nie trzeba będzie za dużo sprzątać. Jeszcze posypać cukrem pudrem i gotowe.

戴きます! ^^
Tytuł wpisu jest jak najbardziej prawdziwy. Ale nie mówię tutaj o wierze w jakiekolwiek bóstwo, osobę, rzecz lub coś podobnego - to nic nie daje. Nie; chodzi mi o inny rodzaj wiary.
O wiarę w siebie.
Spoglądając na moją przeszłość, na to, kim byłem jeszcze rok, dwa lata temu, myślę sobie - jak pewnie każdy, kto w taki sposób spogląda na swoje wcześniejsze życie: ożesz, ten idiota to naprawdę ja?!
. Tak było, jest i niestety będzie na tym świecie. Każdy z nas popełnia błędy, każdy się potyka. I ja, patrząc oczyma w historię życia mego, (a pamięć mam doskonałą, acz wybiórczą - a najgorsze momenty życia najdłużej się pamięta...) niekiedy łapię się za głowę: jak to się mogło stać, czemu ja byłem taki głupi, dlaczego to powiedziałem, dlaczego tego nie powiedziałem, et caetera, et caetera.
Czy tylko ja widzę bardzo ciekawą dwuznaczność w tej wypowiedzi?

Oj, za dużo 4chana... ^^'
Moje pokolenie, wychowane na kreskówkach w RTL7, potem "bloku animE" (z akcentem na to E) w RTL7, a potem na kreskówkach w TVN7, na pewno pamięta schemat prawie każdego popołudnia: pierwszy leciał Yaiba: Legendarny Samuraj, dwa razy Magiczni Wojownicy i dwa razy Dragon Ball. Albo coś w tym stylu. Skupmy się może na tym środkowym tytule (do dzisiaj nie wybaczam takiego przetłumaczenia tytułu), mam bowiem nowinę związaną z tymże.
Panie i panowie, obywatelki, obywatele, rodacy. To jest wiadomość całkowicie oficjalna; cały świat się raduje od dnia 2 lipca roku dwa tysiące ósmego: zawsze wściekle głodna pogromczyni smoków i demonów, przez-niektórych-ale-tylko-niektórych-nazywana-płaską-jak-deska, pomarańczowowłosa, znana na cały świat jako (a nawet kilka światów) Lina Inverse, powróciła. W czwartej serii anime, znanej szerzej jako Slayers Revolution.
W dzisiejszych czasach Internet służy do komunikacji zarówno z bliskimi nam ludźmi, jak i do kontaktów biznesowych. I o ile o tych pierwszych pisałem niedawno, co jednak ma do dyspozycji, dajmy na to, pracodawca do kontaktu z podwładnym? Generalnie można tutaj rynek podzielić na dwie części: aplikacje ogólnodostępne, oraz aplikacje stworzone specjalnie pod biznes.
Do tej pierwszej działki zalicza się przede wszystkim Gadu-Gadu. Jego prostota instalacji i użytkowania sprawia, że - powtórzę - poradzi z nim sobie nawet pani Zosia z księgowości czy pani Krysia z sekretariatu. Sama instalacja sprowadza się do ledwie 5 kliknięć - nie ma tu żadnych wtyczek czy skomplikowanych konfiguracji; program jest natychmiast gotowy do działania.
Drugim komunikatorem z serii "ogólnodostępne" jest Skype, coraz częściej wykorzystywany jako zamiennik GG. Możliwość prowadzenia rozmowy ze współpracownikiem czy szefem szybciej pozwala sprecyzować, o co nam chodzi (nie każdy ma talent do pisania kilkuset znaków na minutę). Do tego możliwość zwykłego czatowania, przesyłania obrazków, plików, dzwonienia na "normalne" numery... oraz wspomniana już wyżej łatwość instalacji i korzystania. Interfejs jest strasznie intuicyjny.
Jest również trzecia działka: aplikacje dedykowane. Przeważnie każda firma ma jakiś "wewnętrzny" system porozumiewania się, dostosowany specjalnie pod jej potrzeby - a to rozmowa głosowa, a to kontakt z klientem przez stronę internetową, a to jakiś system zamawiania towarów. Każdy z nich ma inny wygląd, każdy jest pisany praktycznie przez kogoś innego, a wszystkie mają jedną cechę wspólną: jak najmniej przycisków. W sumie to lepiej dla klienta, gdyż jedyne, co widzi, to pole tekstowe i przycisk "wyślij" - nie ma szans na zepsucie czegokolwiek. Z drugiej strony, ogranicza to niezależność i możliwość wyboru tego, co się lubi... (już chociażby zmiana koloru czcionki w GG, albo wybranie obrazka w Skype)
Podsumowując: są dwa rozwiązania. Albo korzysta się z aplikacji najbardziej popularnych, przez co z największym prawdopodobieństwem poprawnego skonfigurowania przez niedoświadczonego użytkownika, albo pisze się własny program do czatowania w firmie. To drugie rozwiązanie jest strasznie kosztowne (oferty zaczynają się od kilku tysięcy złotych, a pomocy technicznej może zazwyczaj udzielić jedynie twórca), jednak zapewnia całkowite dostosowanie programu pod potrzeby. Co czasami jest najważniejsze.
Artykuł jest sponsorowany przez firmę LIVECHAT Software, producenta oprogramowania LIVECHAT Contact Center. LIVECHAT Contact Center to ciekawe rozwiązanie, oferujące bezpieczny, bezpośredni, szybki i intuicyjny kanał komunikacji, podobny do czata, przez firmową stronę WWW, bez instalowania czegokolwiek na komputerze klienta - wymagany jest jedynie Flash oraz obsługująca go przeglądarka internetowa.
Amerykańce to jednak fajny naród. Dzisiaj dowiedziałem się, że w sieci można znaleźć rom do pewnej gry/aplikacji na Nintendo DS - My Weight Loss Coach. Toto ma pomóc nam, jak tytuł wskazuje, w chudnięciu.
I tutaj czuję obrzydzenie. Jeśli ja chciałbym schudnąć, przestałbym jeść przy równoczesnym uprawianiu jakiegoś sportu (np. jazda na rowerze). A osobę, która wydała kilkaset złotych (jeśli toto trafi w ogóle do Polski, to cena raczej nie spadnie poniżej 200 zł) na "poradnik jak chudnąć", najpierw wyśmiałbym, a potem nad nią zapłakał.
Doprawdy, co następne? "My Personal Breathing Coach" na PSP?


