Wspaniałe anime.

Nie no, recenzja musi się składać z troszkę więcej, niż dwóch słów, prawda? Ale co tu pisać więcej? Gunslinger Girl to prawdziwe dzieło sztuki, z kreską lepszą niż Elfen Lied (sic!), przepiękną muzyką, oryginalną fabułą, wzruszającymi momentami, pozytywnym zakończeniem (tyle że - jak to znajomy ujął - ktoś ginie, nie powiem nawet kto, i jest w to zamieszany Beethoven
), porządnym openingiem (serio - pierwszy raz nie psioczyłem na tzw. "prezentację bohaterów", gdyż tutaj była ona nazwana po imieniu) i najlepszym endingiem ever. Nie, serio piszę. Ten pistolet i deszcz... cud miód i orgazm na kółkach.
I jedyne, co boli, to - jak zawsze - nieudolne mówienie innym językiem niż japoński. Tym razem po niemiecku. Tyle że sceny takie są ledwie dwie, a nie - jak w np. D.Gray-manie (na który psioczyłem i będę psioczyć) średnio co 20 sekund.
Podsumowując, ale tak definitywnie: na jakieś 40 ocenionych przeze mnie anime, Gunslinger Girl jest czwartym, które dostaje w pełni zasłużone 10/10. Jeśli oglądałeś, nie możesz się ze mną nie zgodzić. A jeśli nie... przepraszam, co Ty tu jeszcze robisz? Marsz oglądać!
I nie od dzisiaj wiadomo, że najlepsze suby to u KickAssAnime. Dzięki Wam za to!
Pamiętacie pewną animację, co się rozeszła swojego czasu po Joggerach jak burza?
Dzisiaj, przeglądając POWN.it, znalazłem to: (trochę się ładuje)
C-C-C-C-COMBO BREAKER jak dla mnie. :D
Update: jeśli ktoś chce ściągnąć na dysk, to zapraszam (FLV, ~19 MB).
W dzisiejszych czasach trudno jest coś wypozycjonować. Szczególnie, gdy hasło jest dość popularne, a my nie mamy sieci znajomych pod ręką, którzy wstawią odnośnik na swojego bloga.
Są dwie metody skutecznej reklamy w Internecie: albo umieszczać adres swojej strony wszędzie, gdzie to tylko możliwe (blogi, fora, opisy GG), albo zlecić to profesjonalistom od reklamy internetowej.
Pierwsza z nich ma to do siebie, że jest praktycznie bezpłatna i dostępna dla każdego, kto ma sporo wolnego czasu. Tyle że po pewnym czasie przestaje to być opłacalne, gdyż wklejanie tego samego linku wszędzie gdzie się da staje się nudne, ludzie na nas krzywo patrzą i w ogóle. No i trzeba być bardzo kreatywnym, żeby zainteresować ludzi naszą reklamą.
Natomiast wynajęcie zawodowców od skutecznego pozycjonowania jest dokładnym przeciwieństwem powyższego: nie jest tanie, jednak zostawia nas z ogromem czasu wolnego i świadomością, że link "sam z siebie" wskoczy na pierwsze miejsca w wyszukiwarkach. Do tego wskoczy na stałe, a nie na kilka dni - jak to bywa przy pierwszej metodzie.
Podsumowując - jeśli chcesz coś wypozycjonować w wyszukiwarkach za pomocą reklamy internetowej i do tego masz pieniądze na ten cel przeznaczone - zwróć się do ludzi, którzy się na tym fachu znają.
Pewien osobnik ma dom. Ale nie byle jaki dom, tylko dom z jedną kondygnacją ponad parter. I do tego jeszcze płaski dach. A że wielokrotnie wspominał, jak to fajnie siedzieć na dachu o piątej nad ranem, postanowiłem wybrać się do niego z aparatem w celu przeprowadzenia kilku naukowych obserwacji. Noc była praktycznie bezchmurna, więc spodziewałem się ciekawych efektów.
I nie zawiodłem się. Rezultatem tego eksperymentu są zdjęcia. Ładne zdjęcia, piękne zdjęcia, cud miód i orgazm na kółkach. Zapraszam do przeglądania :) Fotki na licencji Creative Commons.
![]() |
| Wschód słońca |
Powstaje ostatnio mnóstwo serwisów, integrujących życie "normalne" z Internetem. Coraz więcej rzeczy można zrobić, nie ruszając się z wygodnego fotelu - takie aukcje dla przykładu. I o ile z tymi ostatnimi mamy dość sporo do czynienia, to jednak z punktu widzenia usługodawców to za mało - nie wystawi się na Allegro możliwości naprawy cieknącego kranu albo pomalowania płotu. I ażeby tę dziurę wypełnić, powstał serwis Favore.

Favore to serwis, umożliwiający znalezienie i zamówienie przez Internet praktycznie dowolnej usługi. Chemia budowlana, dekorowanie wnętrz, gotowanie czy tworzenie stron-wizytówek - to kilka losowo przeze mnie wybranych. Całość sprowadza się do paru kliknięć: znajdujesz usługę, rezerwujesz ją, korzystasz z niej, płacisz i wystawiasz opinię. Całkiem podobnie, jak na Allegro...
No właśnie. Cały serwis jest bardzo podobny do tego z Allegro - rozmieszczenie elementów, mapa kategorii, wygląd graficzny... ale czy to źle? Z tego powodu nikt nie poczuje się zagubiony. Obsługa jest bardzo intuicyjna. No i osobiście uważam, że ze sprawdzonych, dobrych pomysłów należy czerpać pełnymi garściami - o ile nie narusza to czyichś praw.
A do tego dochodzi jeszcze program partnerski, dzięki któremu zachęcisz do serwisu więcej znajomych i przy okazji masz szansę na nagrodę. Nie oszukujmy się: nie liczcie na nowy samochód czy wycieczkę dookoła świata, ale bardziej na takie rzeczy, jak kubek termiczny czy scyzoryk. Progi nie są wyśrubowane, tak więc wystarczy jedynie opublikować wygenerowany link gdzieś na blogu, a punkty same się uzbierają.
Jeśli Allegro to dla Ciebie za mało i brakuje Ci w nim możliwości wystawiania usług - Favore został dla Ciebie stworzony. Zarejestruj się już teraz, przedstaw światu swoją ofertę i zdobywaj punkty w programie partnerskim!
Soul Eater (ソウルイーター) to stosunkowo młode anime - pierwszy odcinek miał premierę 7 kwietnia 2008, a nowe odcinki wychodzą co poniedziałek. Z czym to się je?

Fabuła
Przyznam się bez bicia: widziałem 5 odcinków D.Gray-mana i nie spodobało mi się. Opening taki sobie, ending beznadziejny, fabuła może i fajna, ale jej realizacja - dno. I do tego cochwilowe wstawki z języka angielskiego ("eksorszisztu", "stoppu") - jedno wielkie ble.
Fabuła Soul Eatera przedstawia się mniej więcej tak: wszystko dzieje się "gdzieś w naszym świecie". No i "gdzieś tam" jest sobie Death City, a w nim siedzi Shinigami-sama. (Tak, to ten na obrazku powyżej) Istnieje też coś takiego jak akademia Shibusen - szkoła dla meisterów (władających bronią) oraz ich broni (które mogą przyjmować "ludzką" formę) (ale naprawdę nie rozumiem, czemu nazwali to akademią
). Cała ta szopka jest po to, żeby uniemożliwić odrodzenie się "kishin" - złego demona, który kiedyś tam prawie zniszczył całą Ziemię.
Dość podobne, nieprawdaż? Ale na tym podobieństwa się kończą. Pamiętacie kwaterę główną z D.Gray-mana? Mroczne, wysokie, ponure miejsce, budzące grozę i ogólne zuo. W porównaniu z tym, Shibusen wygląda... no sami oceńcie:

No właśnie. Czy takie miejsce może być mroczne? Wręcz przeciwnie! I na tym opiera się główny urok Soul Eatera - odrzucenie ciemności, zła, zua i mroku. Wszystko jest cukierkowe, wręcz bajkowe. Jak usłyszycie głos Shinigami-sama (i jego charakterystyczne johoho
), to zrozumiecie, o czym mówię.

Cała akcja kręci się wobec zadania, które ma każdy meister: wraz ze swoją bronią zjeść 99 "złych" dusz i jedną duszę wiedźmy, żeby przekształcić broń w Kosę Śmierci.
Bohaterowie

Idziemy dalej. O ile główni protagoniści, jak Maka Albarn czy Soul Eater są względnie normalni, to dalej jest już sieczka - pomijając naczelny szwarzcharakter, którym jest... no. Black Star - taki klon Naruto i Death the Kid (czytać: "desuzakid-o" :D) - maniakalny fanatyk symetrii (nie omieszka porównać nawet wymiarów biustu swoich broni) to kolejni meisterowie. Idziemy dalej: ojciec Maki, szp. Death Scythe, aktualna "kosa śmierci" (dosłownie i w przenośni) - stara się zaimponować córce i zdobyć jej zainteresowanie, by po minucie iść się napić w knajpie z pięknymi paniami (jest świeżo po rozwodzie).
Pojawia się również dr. Stein (Franken mu na imię) (IMO najciekawsza persona w ogóle), czy Excalibur (tego ostatniego bliżej z Wami nie zapoznam, musicie wytrwać do 9 odcinka - a jest na co czekać!). A i tak wszystkich bije na głowę wiedźma Blair. Ma nawet chatkę w kształcie dynii ;D

Podsumowując...
Pum-pumpkin pumpkin... Oglądać, bo warto! Tym bardziej, że jest dopiero 12 odcinków, czyli można szybko nadgonić. Do tego anime jest ładne, ma fajny opening, piękną kreskę i w ogóle. W moim osobistym rankingu Soul Eater dostaje mocną dziewiątkę. (z adnotacją, że ocena może ulec zmianie, jako że anime cały czas wychodzi)
PS Jak będziecie oglądać, zwróćcie uwagę na słońce. Mnie to do dzisiaj śmieszy :D
PS2 Żeby się ktoś czasem nie zdziwił - anime wychodzi w poniedziałek, a w środę dopiero jest zsubowana wersja HD na torrentach od Tadashiego. W czwartek ta wersja ląduje na Veoh, a na wersję nie-HD trzeba kilka tygodni poczekać ;)
Każdy z nas musi przyznać: Internet udostępnia od groma sposobów na porozumiewanie się z innymi przedstawicielami naszego gatunku. Pocztę mailową każdy zna i korzysta (po prostu musi - zarejestrowanie się na jakimkolwiek serwisie bez maila jest niemożliwe), o czatach/IRC-u też pewnie wielu słyszało. Ja jednak zamierzam poruszyć inny temat - komunikatory internetowe, których również się ostatnio namnożyło. A że polskich Internautów jest sporo i są oni dość kreatywni, mamy z czego wybierać. I to zarówno, jeśli chodzi o sieci, jak i komunikatory.
Zaczynamy od najpopularniejszego (co nie znaczy "najlepszego") - Gadu Gadu. Zasada jest prosta: ściągasz, instalujesz, rejestrujesz numer i - oglądając reklamy - piszesz. Dla normalnego, "przeciętnego" użytkownika to wystarczy - interfejs jest na tyle nieskomplikowany, że każdy w nim się połapie. I m.in. dlatego GG jest wściekle popularne wśród "szeregowych" pracowników do kontaktów z własną firmą - prostota użytkowania sprawia, że nawet pani Zosia z księgowości się w nim połapie. A jako że niejeden komputer "na eksport" już konfigurowałem, wiem co mówię.
Tyle że większość odstrasza właśnie ta prostota (ma się zmienić wraz z GG 8.0 - pożyjemy, zobaczymy) oraz namolne reklamy. W tym momencie ścieżka się dla wielu rozgałęzia: jedni wybierają, dla przykładu, Tlena. Komunikator dobry (aczkolwiek również z reklamami); obsługuje sieci GG, Tlen (która jest zmodyfikowanym Jabberem), posiada interfejs dla wtyczek i inne podobne. Innym wyborem może być AQQ - komunikator bardziej "multimedialny" (czyt. słitaśniejszy) niż Tlen, i również portalowy (Tlen jest sprzężony z o2.pl, a AQQ z Wapsterem). Są też inne "portalowce" - np. Stefan od Interii czy Spik od WP. Oferują one mniej więcej to samo, i żaden z nich nie jest "najlepszy".
Niektórzy (np. ja) brzydzą się właśnie taką "portalowością" czy reklamami i szukają dalej. I znajdują multikomunikatory - np. taką Mirandę czy takiego Konnekta. Główną przewagą (dla polskiego Internauty) tej pierwszej jest fakt, że nadal się rozwija - Konnekt jest już praktycznie martwy, porzucony przez autora i programistów. Cechy szczególne wszystkich multikomunikatorów to: po pierwsze, względna niedostępność dla ZU (no ale po co mi więcej sieci, jak mam GG???
), a po drugie, ogrom czasu, jaki trzeba włożyć w konfigurowanie. Tyle że taki myśliwiec F-22 też jest wielozadaniowy, niedostępny dla ogółu i trzeba dużo czasu włożyć w naukę sterowania - ale potem latanie takim cackiem to czysta przyjemność ;)
Osobną działkę stanowią klienty Jabbera. Nie są związane z żadną siecią, za to dzięki transportom można się połączyć z właściwie każdą. Przoduje tu przede wszystkim Psi, który - mimo nieładnie wyglądającego interfejsu - posiada najlepszą obsługę protokołu. Klientów tych jest trochę: Pidgin, Gajim, Google Talk, Tkabber... można wymieniać. Jako że protokół jest otwarty, każdy może sobie napisać aplikację do komunikowania się ze znajomymi via Jabber.
A jeszcze osobną działką jest Skype. Pierwotnie umożliwiający rozmowy głosowe, dzisiaj służy do czatowania, konferencji, wideokonferencji, taniego dzwonienia, przesyłania plików i tym podobne. Wiele znajomych osób ma na pokładzie swojego komputera dwa komunikatory - Gadu-Gadu i właśnie Skype. I te twory, moim skromnym zdaniem, w najbliższej przyszłości nie oddadzą konkurentom swojego sporego kawałka tortu - GG, ponieważ jest tak prosty, że każdy sobie z nim poradzi, a Skype, bo po prostu nie ma konkurencji (i również jest prosty). Ten duet jest stosowany również komercyjnie - coraz częściej można się natknąć na numer GG lub login Skype do konsultantów z działu "pomoc on-line".
Podsumowując: polski rynek komunikatorów jest bardzo rozbudowany (i ze świecą szukaj drugiego takiego - jak już napisałem, Polaków Internautów jest sporo i są oni kreatywni) - problem polega na tym, że największy w nim udział mają tylko dwaj gracze - reszta walczy tylko między sobą, ponieważ żaden nie ma wystarczającej siły przebicia, aby zagrozić największym. Zwykłym Użytkownikom to wystarcza, a pozostałym... cóż, pozostali niejako są zadowoleni, że nie znajdują się w "niemyślącej większości". To trochę jak z religią - możesz iść z większością, a możesz iść pod prąd i dołączyć do mniejszości, która bierze co jej najbardziej pasuje i dostosowuje to pod siebie ;)
Artykuł jest sponsorowany przez firmę LIVECHAT Software, producenta oprogramowania LIVECHAT Contact Center. LIVECHAT Contact Center to ciekawe rozwiązanie, oferujące bezpieczny, bezpośredni, szybki i intuicyjny kanał komunikacji, podobny do czata, przez firmową stronę WWW, bez instalowania czegokolwiek na komputerze klienta - wymagany jest jedynie Flash oraz obsługująca go przeglądarka internetowa.
Nic ponad czereśnie z własnego ogrodu! :D
Anon delivers: więcej zdjęć, w większej rozdzielczości, bez daty. Co mi tam :P Cały album, jak coś.
Do niedawna odpalałem różne rzeczy, namolnie klikając menu Start, potem Wszystkie programy, teraz (dla przykładu) Gry, Lineage II i wreszcie Play Lineage II. Długo trochę to zajmuje i skomplikowane. Film? Dwuklik na ikonce dysku, dwuklik na Filmy, potem katalog filmu (też dwuklik) i dwuklik na pliku. A jak się jeszcze myszką z rozpędu nie trafi we właściwą ikonę, to cała operacja się wydłuża...
I w takich właśnie sprawach z pomocą przychodzą tzw. launchery. Czyli: wpisz kilka liter i wciśnij Enter. Jest tego trochę, można się trochę pogubić, ale ja opiszę jedną - Launchy.
Dlaczego, moim zdaniem, jest takie świetne? Po pierwsze, ładnie wygląda. Skórek w wersji domyślnej jest 5, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby ściągnąć jakąś nową (chociażby z Deviantarta). Tyle że po co - standardowa jest fajna ;) Do tego duże możliwości konfiguracji (zachowanie, klawisze, przezroczystość i takie tam).
O czym więcej napiszę, to możliwość dodawania własnych katalogów połączona z inteligentnym rozpoznawaniem, "o co nam chodzi". Powiedzmy, że chcę sobie obejrzeć 7 odcinek Mahou Sensei Negima. Klikanie, jak już napisałem, to trochę strata czasu. Więc zostaje Launchy... i teraz, zamiast wpisywać [AnCo]Mahou_Sensei_Negima_-_07.avi
albo chociaż początek tej nazwy (który jest, nomen omen, dziwny :P) wpisuję sobie po prostu negima7
- a aplikacja sama już znajdzie to, o co mi chodzi. Nawet jeśli nie, to po chwili rozwinie się lista z propozycjami i sam sobie wybiorę. Jest też moduł "samouczenia się", czyli aplikacja/plik częściej otwierany ląduje wyżej na liście propozycji - dla przykładu, na początku musiałem wpisać starcr
, żeby pograć w Starcrafta - teraz wystarczy samo s
;)
Kolejna genialna sprawa to wtyczki, a właściwie jedna z nich: Weby. Co ona umożliwia? Po prostu: wpisanie Google, wciśnięcie klawisza Tab i wpisania tego, co chcemy wyszukać. Analogicznie jest z Youtube, Wikipedią, Google Maps, IMDB... co więcej, można dodać nowe wyszukiwarki - na screenshocie pod pozycją 7 jest dodana przeze mnie szukarka dla Ling.pl ;)
Podsumowując, launchery cholernie ułatwiają i przyspieszają pracę na kompie. Jeśli jeszcze nie miałeś z nimi styczności, drogi czytelniku, bezzwłocznie zaopatrz się w najnowszą wersję Launchy (który jest, moim skromnym zdaniem, najlepszym z najlepszych) i sam zobacz, jakie to wygodne :)
Dzisiaj trochę się porozwodzę nad słowem, którego bardzo nie lubię. Które jest, moim zdaniem, nadużywane w niewłaściwym IMHO znaczeniu. Słowo toto to no-life (i jego wariacje: nolife, no life, "nołlajf").
Hę?
Zadaj sobie, drogi czytelniku tych wypocin, pytanie: kim jest no-life? Słownik Miejski.pl definiuje to jednoznacznie: Osoba, która całe życie siedzi przed komputerem.
. Urban Dictionary ma już dwie, troszkę dokładniejsze definicje (tyle że każda inna): no-life oraz nolife. Różnica między tymi dwoma definicjami jest malutka, ale jednak znacząca. Przynajmniej dla mnie.






